Kochani!
Dziś mija siedem lat od śmierci Kory – Olgi Sipowicz. Dla mnie to nie tylko rocznica odejścia wielkiej artystki, ale moment, w którym zatrzymuję się i wracam myślami do czasów, gdy jej głos wypełniał mój pokój, zanim jeszcze wiedziałam, co to znaczy „być dorosłą”. Kora była ze mną od dzieciństwa. Nie tylko jako jurorka z telewizji, ale jako niepodrabialna energia, która unosiła się z głośników, kiedy śpiewała swoje rozdzierające, gniewne, liryczne manifesty. Interpretowałam je po swojemu.
Głośna, piękna, niepokorna
Jej głos był dla mnie jak kompas, który nie wskazywał kierunku, ale dawał siłę, by iść swoją drogą. Gdy dorosłam i zaczęłam rozumieć więcej, dotarło do mnie, że Kora miała bardzo wyraziste poglądy polityczne – inne niż moje. Dziś, patrząc na to z dystansu, widzę w tym nie podział, a wielkość. Potrafiła być sobą do końca. Nie starała się przypodobać nikomu.
Walka, której nie zapomnę
Kiedy zachorowała, obserwowałam jej zmagania z rakiem z mieszaniną bólu, podziwu i nadziei. Była waleczna. Była piękna w swojej słabości. Nie ukrywała choroby – przeciwnie, uczyniła z niej jeszcze jeden manifest. Kolejny raz pokazała, że nawet wtedy, gdy życie odbiera wszystko, można pozostać sobą. I w tej walce nie chodziło już tylko o nią – to była walka za wszystkie kobiety, które zmagają się z lękiem, bólem, ciszą.
Inna niż Ozzy
W poprzednim wpisie pożegnałam Ozziego Osbourne’a – innego giganta muzyki, ale jednak kogoś, kto przyszedł do mojego życia znacznie później. Kora była wcześniej. Zawsze była. Jakby jej głos istniał, zanim nauczyłam się mówić. A może właśnie dzięki niej nauczyłam się mówić – głośno, niepokornie, szczerze.
Słucham dalej
Siedem lat – tyle już jej nie ma, a ja nadal słyszę jej głos. W deszczu. W ciszy. W każdej kobiecie, która nie zgadza się na bylejakość. Kora nie odeszła – stała się częścią czegoś większego. Wiem, że gdy następnym razem będę potrzebowała odwagi, włączę „Krakowski spleen” albo „Lucciolę”. I znowu przypomnę sobie, że wszystko można przetrwać. Że wszystko można wykrzyczeć. Można żyć.
Na zawsze
Dziękuję Ci za każdą nutę, za każdy krzyk i każdy szept. Za to, że nigdy nie byłaś idealna – byłaś prawdziwa. Niech ten świat będzie trochę lepszy, bo Ty w nim byłaś. A kiedy znów zapadnie wieczór, usiądę w ciszy i posłucham. Bo Ty wciąż śpiewasz – tam, gdzie dźwięki nie umierają.